Witaj w wtorek, 7 września 2010, w 250 dniu roku. Pamiętaj o życzeniach dla: Reginy, Melchiora, Ryszardy, Domasławy.
Wrześniowe przysłowia:
Na Mateusza słońce grzeje, po Mateuszu wiatr ciepło wywieje. [...]
Cała historia zaczęła się banalnie. Spotkałam go w Akademii Muzycznej w Krakowie na korytarzu. Przyglądał mi się zaciekawiony i uśmiechał zagadkowo. Pomyślałam "o Boże Grechuta"? A zaraz potem. Chyba się pomyliłam... nie, to nie może być On.
Kiedy wyszłam z zajęć akompaniamentu stał jednak w tym samym miejscu.
- Czy Pani chciałaby pracować ze mną? Zachorowała moja wiolonczelistka. - zapytał i zaraz dodał - A prawda nie przedstawiłem się - Marek Grechuta.
Przez głowę przemknęły mi tytuły ulubionych piosenek mojej starszej siostry TANGO ANAWA, BĘDZIESZ MOJĄ PANIĄ...
Nie pamiętam nawet czy byłam czerwona czy blada z przejęcia, ale do dzisiaj pamiętam dokładnie, że nie byłam w stanie z wrażenia nic powiedzieć.
Widząc moje zakłopotanie i chyba przywykły do takich reakcji
uśmiechnął się serdecznie kontynuując - w ANAWA brakuje młodej uroczej kobiety grającej na wiolonczeli, a to taka tradycja naszego zespołu, więc...
Nie dokończył. Zdarzało się, że urywał w pół słowa i zamyślał się.
- ...więc jak pani to widzi?
Wykazałam się wreszcie
"wrodzoną sobie elokwencją" i ruszywszy zesztywniałe z wrażenia członki wyksztusiłam - dobrze, oczywiście, chętnie.
W tym momencie podbiegły po autografy studentki, które obserwowały naszą rozmowę i wprowadzając w tę spokojną wymianę zdań (albo raczej monolog?) mnóstwo hałasu, skutecznie przepłoszyły mojego późniejszego szefa, który nie przepadał za publicznymi oznakami popularności.
Kiedy i mnie udało się wreszcie uwolnić od ich towarzystwa i napastliwych pytań uświadomiłam sobie, że Marek odszedł, a właściwie to uciekł przed następną grupą wielbicielek choć nie dokończyliśmy rozmowy i nie omówiliśmy żadnych szczegółów.
Po kilku dniach, gdy powoli zaczęłam zapominać o całym zdarzeniu i pogodziłam się z porażką mojego zatrudnienia w zespole ANAWA - zadzwonił telefon...