|
|
CzerwonaZ cyklu: PRZYJACIELE Z DZIECIŃSTWA
Żyła chyba od zawsze. Potężna, z ogromnym, zaokrąglonym brzuchem, szczególnie po powrocie z pastwiska lub po zimowym przydziale siana, wielkimi rogami oraz zwisającym niemal do ziemi i nabrzmiałym do granic możliwości wymieniem. Tylko na przednówku stawała się jakby nieco mniejsza i trochę kanciasta. Wszyscy otaczali ją wówczas niezrozumiałym dla mnie szacunkiem i nawet jej współczuli.
Codziennie rano i wieczorem piłem z zielonej, emaliowanej kwaterki ciepłe, spienione i niezwykle smakowite mleko od naszej Czerwonej. Nie wyobrażałem sobie, że kiedykolwiek może być inaczej. Nawet gdy z czasem w zagrodzie pojawiła się druga, a potem trzecia krowa, nadal piłem mleko tylko od tej jedynej. Nie zastanawiałem się nawet, jak jest ono dojone bezpośrednio do tak małego naczynka, a żadnego podstępu nie podejrzewałem, bo mleko przynoszone w mojej kwaterce bezpośrednio z obory zawsze było wspaniałe. A takie mogła dać tylko Czerwona.
Kiedyś zacząłem się zastanawiać, dlaczego nasza Czerwona nazywa się właśnie Czerwona. Bo właściwie nie była ona czerwona, a łaciata. Miała białe i brązoworude łaty. Nieuwzględnienie w nazwie koloru brązowego czy rudego mogłem nawet zrozumieć, bo kto to słyszał, żeby krowa nazywała się Ruda albo Brązowa. Rude to były tylko lisy czyhające na kury, wiewiórki, pies Pakułów, no i oczywiście Heniek Małeckich, ale przecież nie krowy. Zawsze, niezależnie od odcienia, nazywano je Czerwonymi, bo to ładnie i dostojnie brzmiało. Ale nasza Czerwona nie była w całości czerwona, tylko łaciata.
Swoimi wątpliwościami podzieliłem się z tatusiem, kiedy w sobotnie popołudnie wrócił po tygodniu z pracy przy odbudowie stolicy. Powiedziałem mu wówczas, że skoro nasza Czerwona nie może nazywać się Biało-Brązowa lub Biało-Ruda, a nawet Łaciata, bo ta nazwa zarezerwowana jest dla biało-czarnych, to można ją przecież nazwać Biało-Czerwona. Tato popatrzył na mnie z zatroskaniem, rozejrzał się dookoła i tajemniczo powiedział: Synku, nie mów tak więcej, szczególnie przy obcych. Biało-czerwona jest tylko jedna, o niej należy mówić z szacunkiem. Nic z tego nie zrozumiałem. Jak to jedna, skoro u Wróblów, Kamienieckich, Przybyszów, a nawet u Ostatków są podobne krowy. A naszą Czerwoną wszyscy przecież szanujemy.
Ja z czasem podrastałem, a Czerwona stawała się starsza i dawała coraz mniej mleka. Któregoś wieczoru podsłuchałem, jak rodzice mówili, że Czerwoną trzeba odwieźć do Wyszkowa na jarmark. Nie wiedziałem co to jest jarmark, ale musiało to być coś niezwykle dobrego, bo ilekroć rodzice lub nawet którekolwiek z nich jechało do miasta na jarmark, zawsze w domu pojawiały się dropsy, kaszanka lub mortadela, nieraz skrzyneczka marmolady, a czasem nawet bielusieńki chleb nałęczowski; więc Czerwona też tam będzie żyć w luksusach. Dlatego nie rozumiałem, dlaczego przed wyjazdem na jarmark unikano w domu rozmów o Czerwonej, a ona miała bardziej niż zazwyczaj smutne i łzawiące oczy.
Kiedy wywożono ją z podwórka w klatce zmontowanej doraźnie na furze, stałem w bramie, patrzyłem na oddalającą się Czerwoną i kiwałem jej dłonią. W pewnym momencie odwróciła głowę w moją stronę i pożegnała się swoim krowim muuu.autor / źródło: Jan Stanisław Jeż dodano: 2009-12-28 przeczytano: 2448 razy.
Zobacz podobne:
Warto przeczytać:
|
|
|
|