|
|
KwakZ cyklu: PRZYJACIELE Z DZIECIŃSTWA
Spotkałem go przypadkowo w rowie melioracyjnym prowadzącym od mojej rodzinnej wioski w stronę lasu, a potem do rzeki, gdy z Jankiem Wróblów łowiliśmy ryby wiklinowymi opałkami. Był małym, wystraszonym kaczątkiem, unoszonym bezwiednie przez leniwy nurt zmąconej wody. Wziąłem go do rąk, a on przylgnął do moich dłoni i błagalnie patrzył mi w oczy. Jego lewa nóżka była jakoś dziwnie zdeformowana i lekko krwawiła. Nie było wyjścia, postanowiłem mu pomóc, ale chciałem to zrobić bez wiedzy pozostałych domowników. Zanieśliśmy go z Jankiem do stodoły i w zasieku, w którym na przednówku nie było zupełnie nic, z wyjątkiem faszyny służącej za podkład pod zboże, zrobiliśmy legowisko i zasłoniliśmy je workami od strony klepiska. A żeby kolega nie ujawnił mojej tajemnicy, podebrałem z kurnika dwa kurze jaja i dałem mu, by kupił sobie za nie dropsy u siwej babki, która akurat tego dnia z całym handlowym majdanem miała przed wieczorem odwiedzać nasze chałupy i u kogoś zanocować. Janek moją ofertę przyjął bardzo ochoczo. Ja natomiast scyzorykiem wystrugałem dwie maleńkie deszczułki, tak zwane laszczki, obłożyłem nimi oraz unieruchomiłem złamaną kaczą nóżkę, a na ranę założyłem prowizoryczny opatrunek. I o dziwo, nóżka zrosła się prawidłowo.
Z tyłu stodoły zrobiłem wejście bezpośrednio do zasieku, aby skrycie wchodzić do nowego przyjaciela i tam go dokarmiać. Moja konspiracja trwała kilkanaście dni, aż kiedyś moja siostra Wanda zauważyła, że podkradam karmę przygotowaną dla piskląt i gdzieś ją wynoszę. Śledziła mnie, a poznawszy moją tajemnicę, podzieliła się nią z mamusią. I w ten sposób kaczątko trafiło do stadka żółciutkich, kaczych miniaturek, które wykluły się z jaj przed kilkoma dniami. Kwak - bo tak go nazwałem - z trudem adaptował się do nowej, kaczej rodziny, nieustannie sygnalizując swoją dorosłość i samodzielność, by z czasem się z niej całkowicie wyalienować. Po kilku miesiącach wyrósł na urodziwego i dumnego kaczora, wyróżniającego się w stadzie nie tylko wielkością, ale przede wszystkim dostojnością oraz pięknym i wielobarwnym upierzeniem. Swojej dumy i wyższości pozbywał się tylko wtedy, gdy głaskałem jego kolorową główkę, a on odpowiadał mi swoim przyjaznym kwakaniem.
Mijały lata, w zagrodzie co roku pojawiały się nowe kaczątka, które z czasem stawały się dorosłymi kaczkami lub kaczorami. Niektóre z nich przeznaczano na rosół lub pieczeń, inne sprzedawano. A mój Kwak trwał nieustannie, przez jakiś czas przewodził nawet swojej kaczej rodzinie i coraz bardziej przyjaźnił się ze mną. Wielokrotnie odprowadzał mnie dróżką w kierunku gościńca, gdy szedłem do szkoły, kościoła lub spółdzielni. W pewnym momencie zatrzymywał się, kilkakrotnie kwakał, trzepotał skrzydłami, a potem odwracał się i swoim charakterystycznym, kaczym chodem dreptał do sąsiadującego rowu. Podobnie było podczas mojego powrotu. Podchodził, wyciągał kolorowy łepek do głaskania oraz kilkakrotnie kwakał.
Sytuacja powtarzała się przez kilka lat i nasze wzajemne relacje stały się dla wszystkich rzeczą normalną. Jednak z czasem Kwak zaczął tracić swój dotychczasowy urok, trochę zmizerniał, zaczęły wypadać mu pojedyncze pióra, pozostałe zaś stawały się wiotkie i mniej wyraziste, a chód robił się coraz bardziej kaczy i chybotliwy. Tylko jego umysł pozostawał nieustannie sprawny. Nie nadawał się już na pieczeń, a tym bardziej na rosół, z pewnością też nikt nie chciałby go już kupić. W tej sytuacji cała rodzina uznała, że Kwak zasłużył sobie na dożywocie, z czego byłem wyjątkowo zadowolony.
Któregoś dnia tradycyjnie odprowadził mnie w kierunku gościńca, pożegnał na swój kaczy sposób, ale nie zatrzepotał skrzydłami i nie podreptał kąpać się do brudnej wody, tylko długo stał i patrzył za mną. Kiedy wracałem ze szkoły, leżał w tym samym miejscu. Tam też pogrzebałem jego zwłoki.autor / źródło: Jan Stanisław Jeż dodano: 2010-01-13 przeczytano: 2506 razy.
Zobacz podobne:
Warto przeczytać:
|
|
|
|