|
|
MruczekZ cyklu: PRZYJACIELE Z DZIECIŃSTWA
Początkowo nie wyróżniał się niczym szczególnym. Popularny, szarobury dachowiec z ciemnymi pręgami ułożonymi w poprzek ciała. O ile dobrze pamiętam, przyniosła go mamusia od cioci Geni z Wólki. Był wówczas małym, sympatycznym, sześciotygodniowym buraskiem, tulącym się do wszystkich oraz mruczącym podczas głaskania go po główce, plecach i brzuszku. Nikt nie miał wątpliwości, musiał nazywać się Mruczkiem. Wszyscy domownicy troszczyli się o niego i go sowicie doglądali, więc Mruczek rósł i dojrzewał nadspodziewanie szybko i w tym samym tempie uczył się psocić. Latem wygrzewał się na słońcu, a zimą na przypiecku. Czasami nawet, ale nigdy z własnej woli, wchodził na płot, lecz za żadne skarby nie chciał wtedy mrugać, czego nie mogłem zrozumieć, bo przecież kotek powinien mrugać na płotku, a nie na kolanach właścicieli lub na piecu. Natomiast jego pasją było nieustanne polowanie. Pierwszą mysz przyniósł do domu, kiedy miał zaledwie trzy miesiące. Potem były wróble, kawki, a nawet gawrony. Czasami czaił się również na kury i kaczki, a nawet gęsi, co spotykało się z ostrą reprymendą dorosłych.
Którejś wiosny, kiedy poczuł się dostatecznie dorosły, samodzielny i sprawny, zniknął bez śladu. Mijały dni, tygodnie i miesiące oczekiwania oraz poszukiwań, a Mruczka wciąż nie było. Wszyscy uznali wówczas, że rozerwały go włóczące się po okolicy psy lub lisy. Nie było wyjścia, należało sprowadzić do zagrody innego kota. Był nim również szarobury dachowiec Maciek, łudząco podobny do poprzednika, lecz nieco mniejszy oraz szczuplejszy. Też szybko zaprzyjaźnił się z domownikami, ale nie był to już nasz Mruczek.
Jesienią, kiedy chwyciły pierwsze przymrozki, po obejściu zaczęło nieśmiało krążyć jakieś potężne kocisko. Nie było wątpliwości, to był Mruczek. Początkowo jakby onieśmielony, zawstydzony i z poczuciem winy krył się za budynkami oraz unikał kontaktu z ludźmi. Z czasem wszedł do mieszkania, lecz boczył się na wszystkich, a szczególnie na Maćka. Musiało minąć kilka dni, by znowu ocierał się o nogi swoich przyjaciół, wygrzewał na przypiecku, a po kilku kolejnych dniach siadał na kolanach, prowokował do głaskania oraz mruczał. I dopiero wtedy zauważyliśmy znikanie dzikości z jego wyrazistych, zielonych oczu oraz odczuliśmy jego niesamowity ciężar.
W kolejnych latach sytuacja się powtarzała. Mruczek znikał wczesną wiosną, a wracał jesienią jeszcze większy i cięższy. Jego adaptacja do domowych warunków wciąż się wydłużała, a w oczach coraz bardziej dostrzegana była głębia lasu. Którejś jesieni Mruczek jednak nie wracał. Mijały długie dni oczekiwania, chwyciły pierwsze i kolejne przymrozki, spadł nawet duży, puszysty śnieg, a jego wciąż nie było. Na próżno godzinami wpatrywaliśmy się w ciemną ścianę lasu, na próżno przeczesywaliśmy jego skraj, a potem nawet głębię. Dopiero na przedwiośniu, kiedy stopniały już resztki śniegu i zbliżał się czas jego tradycyjnego wyjścia do lasu, ponownie ruszyliśmy na poszukiwanie. Odnalezione szczątki złożyliśmy w prowizorycznej, leśnej mogile, by na zawsze został tam, gdzie go tak ciągnęło każdej wiosny.autor / źródło: Jan Stanisław Jeż dodano: 2010-01-13 przeczytano: 2539 razy.
Zobacz podobne:
Warto przeczytać:
|
|
|
|