|
|
GniadaZ cyklu: PRZYJACIELE Z DZIECIŃSTWA
Pamiętam ją z czasów, kiedy była jeszcze małym źrebiątkiem. Już wówczas fachowcy mówili, że będzie piękną i dorodną klaczą. I nie mylili się, piękniała oraz rosła o wiele szybciej niż ja. Bo kiedy ja byłem jeszcze przedszkolakiem, to Gniada - tak ją nazwaliśmy - wyrosła na okazałą i dojrzałą klacz, potrafiącą ciągnąć wóz z największym ładunkiem i pług po najbardziej zaperzonym polu. Lubiłem ją bardzo, zresztą nie tylko ja. Wszyscy podziwiali jej niezwykłą siłę, posłuszeństwo, urodę oraz niebywały spokój. Byłem nawet zazdrosny, gdy obcy poklepywali ją i podziwiali niemal doskonałą budowę i piękną maść. Bo Gniada miała rzeczywiście posągowe kształty, lśniącą, czerwonobrązową sierść i czarną, bujną grzywę oraz taki sam ogon.
Kilka razy w tygodniu, za zgodą dorosłych, czyściłem zgrzebłem jej błyszczącą sierść, czesałem grzywę i splatałem w dziesiątki warkoczyków oraz wiązałem fantazyjny węzeł na ogonie. Obowiązkowo w warkoczyk opadający jej między oczy wplatałem czerwoną kokardkę, by przypadkiem ktoś jej nie zauroczył. Gniada odwdzięczała się za to dobrotliwym spojrzeniem, ciepłym pomrukiwaniem, a niekiedy nawet lizaniem po twarzy, rękach i plecach. Lubiłem zapach jej ciała, szczególnie woń jej bułkowatych odchodów, a nawet tak popularnych przegazówek. Rozpoznawałem też jej bułeczki leżące na drodze, bo tak kształtne odchody mogły pochodzić jedynie od naszej Gniadej.
Zdarzało się czasami, że po nocy Gniada miała rozczochraną i potarganą grzywę. Zbierało się wówczas lokalne konsylium, któremu zawsze przewodniczył wuj Kamieniecki mieszkający tuż za miedzą, który zawsze wszystko wiedział najlepiej. A najbardziej to znał się on na strachach i wiedział o nich prawie wszystko, nawet co, gdzie i jak straszy w najbliższej okolicy. Często opowiadał o nich podczas zimowych, wieczornych spotkań, co u dzieci, ale również i niektórych dorosłych, wywoływało zaciekawienie i niepokój. Nie wiem gdzie wuj się tego wszystkiego nauczył, ale na pewno nie bez znaczenia był kilkumiesięczny pobyt w pułtuskim więzieniu za kradzież z pobliskiego lasu suchych gałęzi na opał. Kiedyś owo konsylium orzekło, że Gniadą męczą zmory. I z pewnością muszą to być zmory płci męskiej, choć zdarza się czasami, że zmora może być tej samej płci co jej ofiara. Ale wuj Kamieniecki znał też sposób na zidentyfikowanie zmory. W sobotę o zachodzie słońca należało uciąć strzęp poplątanej grzywy, wcisnąć w szczelinę między belki chałupy, zabić drewnianym klinem oraz wypowiedzieć formułkę: Zmoro, zapraszam cię jutro na śniadanie. Zmora podczas niedzielnego śniadania pojawi się pod byle pretekstem.
Któregoś dnia po raz kolejny dostrzegłem poplątaną grzywę Gniadej. Poczekałem wówczas do sobotniego zachodu słońca i w tajemnicy przed domownikami zrobiłem wszystko według wujowej instrukcji. I rzeczywiście podczas niedzielnego śniadania pojawiła się w naszym domu ciocia Julka, żona wuja Kamienieckiego. Nikt inny w tym czasie nie przybył. I niby wszystko było jasne, tylko że ciocia Julka bywała w naszym domu po kilka lub kilkanaście razy dziennie. A to po sól, cukier, chleb, mleko lub też przekazać najnowsze plotki przyniesione z kościoła lub sklepu. Miałem więc niebywały dylemat, bo choć ciotka dość często wieczorami myła mi zabrudzone do granic możliwości nogi, to od tego momentu nabrałem do niej sporego dystansu.
Gniada zawsze poruszała się dostojnie, powoli i z niezwykłą gracją. Na ogół stępem, czasami kłusem, szczególnie podczas powrotów z jarmarku w Wyszkowie, ale chyba nigdy galopem, a tym bardziej cwałem. Często służyła też do jazdy wierzchem, bo rowery w najbliższej okolicy mieli tylko listonosze Wróbel oraz Szczerba, młynarz Kmoch i jeszcze ktoś, kto niedawno wrócił z Ameryki. Do krótkich podjazdów służyły więc konie. Czułem się niesamowicie dumny, kiedy jechałem przez wieś wierzchem, na oklep, bez żadnej uprzęży na urokliwej Gniadej, a ona stąpała najbardziej fantazyjnie jak potrafiła. Była jednocześnie ambitna i nikomu nie pozwalała się wyprzedzać. Zdarzyło się kiedyś, że gdy wracaliśmy ze wsi do domu piaszczystym gościńcem, wysadzonym po obu stronach garbatymi wierzbami, nad drogą przelatywał dwupłatowy samolot, nazywany przez nas parkotem. I kiedy cień samolotu zbliżył się do Gniadej i zaczął ją wyprzedzać, ta ruszyła kłusem, potem przeszła w galop i być może nie pozwoliłaby się wyprzedzić, gdyby nie moje przeraźliwe krzyki, kurczowe trzymanie się grzywy oraz wyraźne osuwanie się z jej grzbietu.
Gniada co roku po wykopkach odbywała kilka wypraw do stolicy, ciągnąc za sobą wóz załadowany worami ziemniaków. Pociła się wtedy i ciężko sapała, szczególnie podczas podjazdów pod wzniesienia drogi, ale nigdy nie zawiodła. Powroty do domu z pustym wozem były już drobnostką. Wtedy pozwalała sobie nawet na lekkiego kłusa. Tych żywicielskich podróży odbyła wiele. Podczas jednej z nich towarzyszyłem Gniadej i starszemu bratu. Któregoś jednak razu zasłabła w połowie drogi do celu. Rzekomo ochwaciła się. Nie pomogli nawet weterynarze sprowadzeni z Radzymina. Czułem ogromny żal, że nie towarzyszyłem jej w tej ostatniej drodze.
autor / źródło: Jan Stanisław Jeż dodano: 2009-12-29 przeczytano: 2483 razy.
Zobacz podobne:
Warto przeczytać:
|
|
|
|