|
|
KocfajZ cyklu: PRZYJACIELE Z DZIECIŃSTWA
Było jeszcze chłodne przedwiośnie. Na podwórku spotkałem go zupełnie przypadkowo. Siedział koło stodoły wtulony w stertę słomy i drżał z zimna. Zauważyłem jego błyszczące oczy wpatrujące się błagalnie we mnie. Kiedy ruszyłem w jego stronę, on nieśmiało wyszedł na spotkanie, lekko utykając. Wziąłem go do rąk. Był wygłodzony i zziębnięty, a spomiędzy pierza wyglądały jątrzące się rany. Postanowiłem zabrać go do domu, bo a nuż Mruczkowi mogła nagle zasmakować świeża gołębina, a i Panek tez być może zechciałby urozmaicić swój jadłospis. Nie zapominałem również o kunach, które zadomowiły się na poddaszu obory i też chciałyby spróbować takiej atrakcji. Ewentualny atak jastrzębia gołębiarza wykluczałem, gdyż te nigdy nie zapuszczały się na podwórko, a jedynie na kilkadziesiąt metrów od ogrodzenia. I kiedy myślałem o tym drapieżniku, to nagle zaświtała mi myśl, że to chyba mój gołąbek umknął ze szpon tej bestii i ukrył się w słomie.
Uradowany pobiegłem do domu ze swoją zdobyczą, krzycząc z daleka do starszego brata, że mamy nowego gołębia pocztowego. Kazik wstał ociężale, podszedł do mnie i popatrzył na wynędzniałego ptaka. - To ma być gołąb pocztowy? - zapytał z sarkazmem. - Nie widzisz, że to tylko kok, po prostu zwykły kocfaj. Porządnym gołębiarzem to ty nigdy nie będziesz. Przecież to widać. Szkoda zachodu - zakończył złośliwie.
Po takiej ripoście wiedziałem doskonale, że nie ma co marzyć, by brat pozwolił umieścić mojego gołębia na strychu domu w gołębniku zrobionym ze starej, dębowej szafy. Tego zaszczytu mogły dostąpić wyłącznie gołębie pocztowe i winerki, ewentualnie krymki, wiedyny lub też tranzule i bocianki. Inne nie, a szczególnie te nierasowe, zwane potocznie kokami lub pogardliwie kocfajami. Jako wytrawny gołębiarz miał swoje zasady i nigdy, ale to nigdy od nich nie odstępował.
W tej sytuacji uprosiłem mamusię, by pozwoliła mi przetrzymać gołębia do następnego dnia w pokoju pod przetakiem. Przed południem zrobiłem mu klatkę z wikliny, wyścieliłem dno starymi "Chłopskimi Drogami", co brat skwitował, że papier bardziej przydałby się do podcierania tyłka. Potem wybłagałem przedłużenie terminu i zgodę na ustawienie klatki na kredensie. Wstawiłem do niej słoik z mieszanką grochu, żyta, pszenicy, prosa i kaszy oraz drugi słoik z wodą. Potem do klatki wpuściłem mojego Kocfaja, bo tak go nazwałem.
Gołąb łapczywie obżerał się do granic możliwości, ale też szybko przybierał na wadze, rany błyskawicznie się goiły, a upierzenie nabierało połysku i pięknych barw. Czasami wypuszczałem go z klatki, by próbował pofrunąć, ale nie mógł nawet oderwać się od podłogi. Za którymś jednak razem udało się. Przefrunął kilka metrów, potem coraz więcej, wreszcie udało mu się kilka razy oblecieć pokój. Zawsze swoje próby kończył na moim ramieniu lub głowie i wtedy swoją radość demonstrował trzepotaniem skrzydeł i głośnym gruchaniem. A jeżeli kiedyś zapomniałem go wypuścić z klatki, to w ten sam sposób dopominał się o swoje prawa. Polubiliśmy się nawzajem.
Któregoś dnia Kazik wyjął Kocfaja z klatki, z błyskiem w oczach popatrzył na jego kształty i piękniejące upierzenie, zważył go w dłoniach oraz zaproponował, by dać mu szansę spróbowania sił w pustej o tej porze stodole. Bardzo bałem się, że ucieknie przez szpary w ścianach, a może nawet wpadnie w szpony napastliwego jastrzębia. Z drugiej zaś strony uznałem, że trzeba kiedyś zaryzykować.
W stodole zrobił kilka okrążeń, szybując to w górę, to w dół, jakby cieszył się wolnością. Potem wylądował na moim ramieniu, zatrzepotał skrzydłami i zagruchał. Cieszyliśmy się całą trójką, to znaczy Kocfaj, Kazik i ja. W tej sytuacji uległem namowie brata, by puścić gołębia na wolnym powietrzu. Ten wbił się wysoko, zrobił kilka okrążeń wokół podwórka, pofrunął w kierunku lasu, potem zaniepokojony wrócił i usiadł na dachu stodoły, wciskając się w zmurszałą słomę. Nagle wystrzelił jak z katapulty w przestworza i zniknął, a my po chwili dostrzegliśmy jastrzębia krążącego nad podwórkiem. - Wiesz co - powiedział do mnie Kazik - to naprawdę piękny i mądry ptak. Na pewno wróci do ciebie, widziałem to w jego oczach.
autor / źródło: Jan Stanisław Jeż dodano: 2010-01-13 przeczytano: 2696 razy.
Zobacz podobne:
Warto przeczytać:
|
|
|
|